szukaj      Start   Wydarzenia   Przewodnik po przedszkolu   Galeria zdjęć   Kontakt
Misja
Historia
Życiorys Św. Urszuli Ledóchowskiej
O zgromadzeniu
Tradycje
Kadra przedszkola

Zajęcia dodatkowe
Grupy
Zapisy
Kącik dla rodziców

Dom, który wychowuje - tydzień wychowania

Konferencja dla rodziców i wychowawców z okazji II Tygodnia Wychowania

W jednym ze swoich listów pasterskich arcybiskup Lwowa, św. Józef Bilczewski nawiązuje do sytuacji z dziejów starożytnej Grecji. W obliczu rozkładu moralnego i upadku cywilizacji greckiej zebrali się mędrcy ateńscy, by zastanawiać się, co zrobić, by powstrzymać ten zgubny proces. Zebrani po kolei wypowiadali swoje zdanie, podając recepty na uzdrowienie trudnej sytuacji. Kiedy już wszyscy zabrali głos, zauważyli, że jeden z nich wciąż milczy. Zapytany dlaczego się nie odzywa, bez słowa podszedł na środek, wyjął zepsuty, nadgniły owoc i z całej siły cisnął nim o posadzkę.
Owoc rozpadł się na kawałki, ale pośród nich widać było pestki. Wszyscy zrozumieli symboliczną wymowę tego gestu. Choć owoc był zepsuty i do niczego się już nie nadawał, pestki były wciąż zdrowe i zdolne do wzrostu. „Społeczeństwo Aten uległo zepsuciu, lecz szansa tkwi w młodym pokoleniu. Trzeba je uchronić przed złem i rozpocząć wszystko od nowa. Jeszcze nie jest za późno” – to właśnie chciał powiedzieć mędrzec grecki uciekając się do tego wymownego gestu.
Wezwanie „Wszyscy zacznijmy wychowywać” towarzyszyło nam, kiedy rok temu
rozpoczęliśmy w naszej Ojczyźnie przeżywanie I Tygodnia Wychowania. Dziś pragniemy
iść krok dalej i zapytać: „Wychowywać – ale jak?”. W jaki sposób skutecznie pomóc
dzieciom i młodzieży w ich drodze ku dorosłemu życiu? Na co położyć nacisk
w podejmowanych dziś wysiłkach wychowawczych? Jakich błędów się wystrzegać?
1. Aby dom był domem
Przeżywamy rok duszpasterski, w którym towarzyszy nam hasło „Kościół
naszym domem”. Przesłanie zacytowanego motta jest zrozumiałe. Chodzi o to,
by wszyscy, którzy tworzą Kościół czuli się w nim, jak w domu. Słowo „dom” budzi
pozytywne skojarzenia, przywodząc na myśl to co, w życiu człowieka
najpiękniejsze – mówi o poczuciu bezpieczeństwa, radości, pokoju serca. Trzeba
jednak mieć świadomość, że choć hasło to jest oczywiste, gdy patrzy się na nie
w sposób obiektywny, to jednak dla niektórych osób, w tym także dla wielu dzieci
pozytywne skojarzenia z pojęciem domu mogą pochodzić jedynie ze sfery marzeń.
Jednym z wielkich problemów niszczących nasze polskie rodziny wciąż jeszcze
jest alkoholizm. Zranienia z okresu dzieciństwa spowodowane alkoholizmem
jednego lub obojga rodziców są bardzo trudne do wyleczenia. Pomyślmy jak
głębokie muszą być zranienia osoby, która tak wspomina swojego ojca: Jak trudno
jest wytworzyć sobie obraz najważniejszego w życiu człowieka, który ma dwa jakże
różne oblicza. Nie wiadomo, czy po przyjściu do domu spotka się osobę, do której
można iść z każdym problemem czy zmartwieniem, od której otrzyma się dobre słowo
i mądrą radę – ojca trzeźwego, czy też spotka się chodzącą od okna do okna mamę,
która stara się nie pokazać dzieciom, że coś jest nie tak, której trzęsą się ręce, gdy podaje
obiad, ale pyta z uśmiechem: „Co było dzisiaj w szkole?”. A my, starając się nie poruszać
tematu tabu, także udajemy, że nic się nie dzieje. A tak naprawdę czekamy, czy nie
zadzwoni telefon (wypadek) albo czyjaś zniecierpliwiona żona („weźcie tego pijaka!”),
a może do drzwi zapuka kolega i powie: „Twój tata leży w parku pod krzakiem, niech go
1 ktoś podniesie.
Dziecko, któremu przychodzi żyć i rozwijać się w rodzinie alkoholowej próbuje
jakoś radzić sobie ze swymi problemami. Wciela się w różne role – „dziecka
maskotki” – które jest wzywane, kiedy przychodzą goście i tata (albo mama) chcą
się nim pochwalić przed znajomymi; „dziecka – bohatera” – które stale musi
zasługiwać na to, by być kochane, albo „dziecka we mgle” – zaszytego w kątku,
zasklepionego w swym świecie ze swymi problemami i niewidzialnego dla
domowników.
Według danych Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów
Alkoholowych, w Polsce żyje około 4 miliony dzieci, których rodzice nadużywają
alkoholu i około 1,5 miliona dzieci alkoholików. Obarczone konsekwencjami
alkoholizmu ojca lub matki „dorosłe dzieci alkoholików” (DDA) mogą stanowić
2 nawet około 40% dorosłych Polaków.
Alarmujące są też wyniki badań dotyczących spożywani alkoholu przez
młodzież. Napoje alkoholowe są najbardziej rozpowszechnioną substancją
psychoaktywną w tej grupie wiekowej. W roku 2003 zrealizowano w Polsce kolejną
edycję badań ankietowych w ramach Europejskiego Programu Badań Szkolnych
na Temat Alkoholu i Innych Narkotyków – ESPAD. Do picia napojów alkoholowych
przyznało się ponad 92% uczniów III klas gimnazjalnych i ponad 96% uczniów
II klas szkół średnich. Do upicia się w czasie ostatniego roku przyznało się niemal
50% piętnastolatków (58% chłopców i 40% dziewcząt) i ponad 65%
siedemnastolatków (74% chłopców i 54% dziewcząt). Na miesiąc przed badaniami
upił się co trzeci 15/16–letni chłopiec (38,1%) i co piąta 15/16–letnia dziewczynka
3 (26,5 %).
Wobec tak rozpowszechnionego problemu nie można przejść obojętnie.
Dzieci wychowujące się w rodzinach z problemem alkoholowym potrzebują
fachowej pomocy i terapii. Trzeba również zadbać o działania profilaktyczne
zmierzające do powstrzymania groźnego zjawiska sięgania po środki
psychoaktywne przez młodzież. Nie można mówić dziś o wychowaniu pomijając
problem, który, jak się wydaje, jest przyczyną wielu porażek wychowawczych
w rodzinie i szkole.
Innym, ważnym problemem wychowawczym, którego nie wolno dziś
lekceważyć są uzależnienia od mediów elektronicznych – telewizji, komputera,
Internetu, gier elektronicznych czy nawet telefonu komórkowego. W jednej ze
szkół podstawowych miała miejsce bardzo znamienna sytuacja. Wychowawczyni
klasy w rozmowie z mamą, którą poproszono o przyjście do szkoły ze względu na
zaobserwowane problemy jej dziecka, zwróciła uwagę, że od pewnego czasu
chłopak w znaczący sposób obniżył swoje wyniki, co znajduje swoje odzwierciedlenie
w coraz słabszych stopniach. Matka wyjaśniła, że nie zaobserwowała, by jej
syn w ostatnim czasie mniej się uczył – wręcz przeciwnie, bardzo często przebywa
przy biurku i pracuje. Wychowawczyni otrzymała jednak obietnicę, że rodzice
zwrócą baczniejszą uwagę na przygotowanie się ich syna do lekcji. W kolejnej
rozmowie z nauczycielką matka podziękowała jednak za uwrażliwienie jej na
problem wykorzystania czasu przez dziecko. Okazało się bowiem, że choć chłopiec
siedział przy biurku i z zewnątrz wszystko wyglądało, jak dawniej, nie poświęcał
czasu na naukę, ale na bezproduktywne korzystanie z Internetu. Rodzice zakupili
synowi komputer, który stał się jego własnością i nie przypuszczali, że z tym może
wiązać się przyczyna spadku jego osiągnięć w nauce.
Jeszcze niedawno rodzice, których pociecha zamiast biegać na podwórku,
siedziała przy biurku, mogli być raczej spokojni. Dziś, jak widać, potrzebna jest
wnikliwsza diagnoza. Świat wkrada się do naszych domów już nie tylko przez
ekrany odbiorników telewizyjnych, ale przez interaktywny Internet, który
w skrajnych wypadkach potrafi wessać wszystkie siły życiowe młodego człowieka.
Znakomicie ukazał to film Jana Komasy „Sala samobójców”, który powinien stać się
„lekturą obowiązkową” każdego rodzica i wychowawcy.
Żeby mieć świadomość, czym żyją dzieci i by móc na czas zdiagnozować ich
problemy, ważne jest towarzyszenie im i poświęcanie im czasu.
Czas, jaki rodzice od najwcześniejszych lat poświęcają swym dzieciom,
procentuje w całym ich życiu - poprzez młodość, aż do późnej starości. Nic nie
zastąpi kochających ojca i matki, zapewniających dziecku najpierw zaspokojenie
potrzeby bezpieczeństwa, a potem wspierających je stopniowo w drodze
ku dojrzałości. W dniu 2 czerwca 2012 r. w mediolańskim Parku Bresso Ojciec
Święty Benedykt XVI odpowiadał na pytania zadawane mu przez małżeństwa
i dzieci z całego świata uczestniczące w VII Światowym Spotkaniu Rodzin.
Wzruszająca była odpowiedź Papieża udzielona dziecku – małej Wietnamce Cat
Tien, która zapytała o rodzinę Benedykta XVI z czasów jego dzieciństwa.
Jak wspaniałe musiało być życie rodzinne państwa Ratzingerów, skoro Papież
wspominał swoje lata dziecięce, porównując do nich stan, w jakim znajdą się
zbawieni w niebie. Warto w całości przytoczyć refleksję Ojca Świętego, bo sama
w sobie stanowi ona wspaniałą konferencję na temat życia rodzinnego, nie
wymagającą żadnego dodatkowego komentarza: Pytasz więc jakie mam
wspomnienia z mojej rodziny: byłoby ich tak wiele! Chciałem tylko powiedzieć kilka
rzeczy. Zasadniczą sprawą dla nas jako rodziny zawsze była niedziela. Niedziela
zaczynała się już jednak w sobotę po południu. Ojciec czytał nam niedzielne teksty
liturgiczne z bardzo w tym czasie popularnej w Niemczech książki, gdzie były one także
wyjaśniane. Tak rozpoczęła się niedziela: już wchodziliśmy w liturgię w atmosferze
radości. Następnego dnia szliśmy na Mszę św. Nasz domy był blisko Salzburga, a więc
mieliśmy dużo muzyki - Mozart, Schubert, Haydn - i kiedy rozpoczynało się „Kyrie” -
jakby otwierało się niebo. A potem w domu ważny był oczywiście wielki wspólny obiad.
Następnie razem wiele śpiewaliśmy. Mój brat jest świetnym muzykiem. Już jako
chłopiec komponował różne utwory dla nas wszystkich, a cała rodzina śpiewała.
Mój tato grał na cytrze i śpiewał. Są to niezapomniane chwile. Potem, oczywiście,
wspólnie podróżowaliśmy, odbywaliśmy długie spacery. Mieszkaliśmy blisko lasu
i spacery po lesie były czymś pięknym: przygody, gry i tak dalej. Jednym słowem,
byliśmy jednego serca i jednej myśli, z wieloma wspólnymi doświadczeniami, nawet
w czasach bardzo trudnych, gdyż był to czas wojny, a wcześniej dyktatura, później zaś
bieda. Ale była między nami ta wzajemna miłość, silna była radość również z powodu
rzeczy prostych. Tak że mogliśmy wytrzymać i pokonać także i te rzeczy. Wydaje mi się,
że było to bardzo ważne, że nawet małe rzeczy dawały radość, bo w ten sposób
wyrażało się serce drugiej osoby. Dorastaliśmy tak w przekonaniu, że warto być
człowiekiem, bo widzieliśmy, że dobroć Boga znajdowała odzwierciedlenie
w rodzicach i rodzeństwie. I, prawdę mówiąc, gdy próbuję sobie wyobrazić, trochę „jak
to będzie w raju”, to zawsze odczuwam, że troszkę tak, jak w czasie mojej młodości,
mojego dzieciństwa. Tak więc w tej atmosferze zaufania, radości i miłości byliśmy
szczęśliwi i myślę, że w niebie powinno być podobnie, jak za czasów mojej młodości.
W tym sensie mam nadzieję, że pójdę „do domu” przechodząc na „drugą stronę
świata." (KAI, 02.06.2012)
2. Aby świat był domem
Zostałem kiedyś poproszony o wygłoszenie krótkiej konferencji o wychowaniu
w czasie jednej z wywiadówek. Temat prelekcji dotyczył kształtowania empatii
i wrażliwości na potrzeby drugiego człowieka. Kiedy zacząłem podawać
argumenty przemawiające za koniecznością podejmowania działań w tym
zakresie, zobaczyłem podniesioną w górę rękę jednej z mam. Byłem przekonany,
że słuchaczka pragnie coś dodać, uzupełniając moją wypowiedź albo zadać
pytanie. Tymczasem usłyszałem z ust uczestniczki prelekcji zarzut: „Proszę księdza,
czy ksiądz zdaje sobie sprawę z tego, co mówi? Przecież życie to wyścig szczurów.
Liczy się siła przebicia. Zwycięża ten, kto jest silniejszy, kto ma więcej sprytu.
Kiedy nauczymy nasze dzieci, że mają być wrażliwe, ustępować innym,
unieszczęśliwimy je na całe życie, bo świat je zadepcze”. W tym momencie
uświadomiłem sobie, jak bardzo w dzisiejszym świecie zmienił się sposób myślenia
i wartościowania. To, o czym mówiłem wydawało mi się oczywiste i nie
spodziewałem się, że ktoś może mieć inne zdanie. Okazuje się, że nawet tak,
wydawałoby się oczywiste wartości, jak szacunek i miłość bliźniego, liczenie się
z drugim człowiekiem, umiejętność współczucia i spieszenia innym z pomocą –
mogą zostać poddane w wątpliwość. Niestety, to właśnie rodzice jako pierwsi
doświadczają cierpkich lub słodkich skutków swej pracy wychowawczej. Z okazji
odebrania nagrody Nobla w dniu 11 grudnia 1979 r. bł. Matka Teresa z Kalkuty
wygłosiła w Oslo piękne przemówienie, w którym powiedziała między innymi:
Nigdy nie zapomnę chwili, gdy odwiedziłam dom, w którym trzymano wszystkich tych
starych rodziców, rodziców dzieci, które oto umieściły ich w tego rodzaju instytucji
i, być może, zapomniały o nich. Znalazłam się tam i zobaczyłam, że w owym domu
mają wszystko, piękne rzeczy - ale wszyscy spoglądali w kierunku drzwi. Nie ujrzałam
tam choćby jednej osoby, która miałaby uśmiech na twarzy. Zwróciłam się do siostry
z pytaniem: „Jak to możliwe? Jak to możliwe, ludzie mają tutaj wszystko, dlaczego
spoglądają w stronę drzwi, dlaczego się nie uśmiechają?" Zazwyczaj widuję uśmiech
u naszych ludzi, uśmiechają się nawet umierający. Odrzekła mi: „Tak się dzieje prawie
co dzień, oni czekają, mają nadzieję, że syn albo córka przyjdzie do nich w odwiedziny.
Cierpią, bo o nich zapomniano.
Jakże ważnym zadaniem stojącym przed wszystkimi rodzicami i wychowawcami,
jest budzenie w sercach dzieci i młodzieży miłości do drugiego człowieka.
Właśnie w związku z tym celem wychowania tak istotne jest, by młode serca nie
były zimnie i nieczule. Wiele racji ma przedwojenny pedagog niemiecki
F.W. Foerster, który pisze: Nic nie pomoże np. kazanie na temat miłości bliźniego, jeśli
wychowanek wcale nie wie, czego potrzebuje bliźni, jeśli nie jest zdolny do
4 postawienia się na miejscu innych dusz... Gdzie indziej ten sam Autor rozwija tę
myśl: (...) gdy [człowiek dobrze wychowany] rozmawia z nieszczęśliwymi, słowa jego są
balsamem, nigdy nie dotyka bolesnych ran; gdy rozmawia ze służącymi, to nie daje
poznać po tonie, że są zależni; w rozmowie z ludźmi innego wyznania wystrzega się
usilnie urażania ich w tem, co uważają za święte. Ale takimi stać się mogą tylko ludzie,
którzy zaprawiali się od lat najmłodszych w dochodzeniu do zrozumienia, co ich
5 bliźnich cieszy lub zasmuca.
Współczesny kontekst kulturowy nie ułatwia rodzicom i wychowawcom
realizacji tego o czym teraz mówimy. Znakomitą diagnozę naszych czasów
postawił bł. Jan Paweł II w przemówieniu wygłoszonym w roku 2000 na Górze
Błogosławieństw: Wy, młodzi ludzie, zrozumiecie motyw, dla którego jest potrzebna
ta zmiana serca! Jesteście bowiem świadomi także innego głosu w was samych i wokół
was: głosu przeciwnego. Ten głos mówi: „błogosławieni pyszni i brutalni, ci którzy dążą
do sukcesu za wszelką cenę, którzy nie mają skrupułów, są pozbawieni litości,
bezwstydni, którzy dążą do wojny zamiast do pokoju i którzy prześladują tych, którzy
stanowią przeszkodę na ich drodze”. Ten głos wydaje się mieć sens w świecie, w którym
często brutalni jakby triumfują, a bezwstydni cieszą się powodzeniem. „Tak”, mówi głos
zła – „ci są zwycięzcami, ci są prawdziwie błogosławieni i szczęśliwi!
Victor Frankl, austriacki uczony, psychiatra i neurolog, twórca tzw. logoterapii,
w książce pt. „Człowiek w poszukiwaniu sensu” wspomina wydarzenie, które miało
miejsce w jego życiu bezpośrednio przed drugą wojną światową i zaważyło na
jego przyszłości. Mając już pewien dorobek naukowy, został wezwany do
konsulatu Stanów Zjednoczonych w Wiedniu, ponieważ przyznano mu wizę
wjazdową do USA. Z jednej strony bardzo się ucieszył, bo dla osoby żydowskiego
pochodzenia wyjazd do Ameryki w kontekście prześladowań rasistowskich
i przeczuwanej bliskiej już wojny oznaczał prawdziwe wybawienie. Myślał nie tyle
o sobie, ile o tym, co już osiągnął jako naukowiec. Jego teoria logoterapii okazała się
skutecznym sposobom pomocy ludziom, którzy utracili sens życia i nie chciał, żeby
te osiągnięcia zostały zaprzepaszczone. Z drugiej jednak strony, martwił się, co
stanie się z jego rodzicami. Miał świadomość, że mogą znaleźć się w obozie
koncentracyjnym albo zginąć. Nie chciał opuszczać ich w takiej sytuacji.
Zastanawiał się, co zrobić, prosił nawet o znak z nieba. W podjęciu decyzji pomogło
wydarzenie, które on sam opisuje w następujący sposób: Pewnego dnia
zauważyłem leżący na stole kawałek marmuru. Kiedy zapytałem ojca, skąd się tam
wziął, odparł, że znalazł go w miejscu, gdzie narodowi socjaliści spalili największą
wiedeńską synagogę. Zabrał go ze sobą do domu, ponieważ był to fragment tablicy
z dziesięcioma przykazaniami. Na marmurze wyryta była złocona hebrajska litera;
ojciec wyjaśnił mi, że symbolizuje ona jedno z przykazań. Natychmiast zapytałem: -
Które? On zaś odparł: - Czcij ojca swego i matkę twoją, abyś długo żył na ziemi.
W tej samej chwili postanowiłem pozostać razem z moimi rodzicami, na tej ziemi,
i zapomnieć o amerykańskiej wizie. Uczony przeżył wojnę, choć spędził ją w czterech
6 kolejnych obozach zagłady. Zmarł w roku 1997 w wieku 92 lat. Jednym z przesłań
jego teorii jest twierdzenie, że utracony sens życia, człowiek może odzyskać między
innymi poprzez miłość bliźniego.
Coraz częściej zwraca się dziś uwagę na podporządkowanie instytucji wychowawczych
i edukacyjnych ekonomii, a nawet mówi się otwarcie o uzależnieniu
edukacji od biznesu. Sfera biznesowa ma swoje plany i postulaty pod adresem
edukacji związane z przygotowaniem dla gospodarki odpowiedniej ilości
wykwalifikowanych pracowników. Uczestnicy tzw. Europejskiego Okrągłego Stołu
przemysłowców podkreślili w 1998r r., że „dostarczanie edukacji stanowi okazję dla
7 rynku i tak powinno być traktowane". Przypomnijmy znane słowa bł. Jana Pawła II:
W wychowaniu bowiem chodzi właśnie o to, ażeby człowiek stawał się coraz bardziej
człowiekiem - o to, ażeby bardziej „był”, a nie tylko więcej „miał” - aby więc poprzez
wszystko, co „ma”, co „posiada”, umiał bardziej i pełniej być człowiekiem - to znaczy,
ażeby również umiał bardziej „być” nie tylko z „drugimi”, ale także i „dla drugich.
(Jan Paweł II, Przemówienie wygłoszone 2 czerwca 1980 roku w UNESCO)
Tymczasem współczesny świat często żyje według hasła: „Mam, więc jestem”.
Ale i ono nie do końca opisuje dzisiejszą rzeczywistość. Dziś często nie wystarcza
już kategoria: „Mam więc jestem”, gdyż od „mieć” jeszcze ważniejsze staje się „jawić
8 się”. W jednej z radiowych reklam pewnej marki samochodu syn prosi swego ojca,
żeby kupił wreszcie porządny samochód, by nie musiał wstydzić się podjeżdżać
z tatą pod szkołę. Wsłuchując się w taki sposób argumentacji można mieć
wątpliwości, czy bohater reklamy za niedługo nie zacznie się wstydzić również
swego ojca, a nie tylko jego samochodu.
Młodzi ludzie są z natury wrażliwi na potrzeby innych i mają potrzebę
bezinteresownej pomocy drugiemu człowiekowi, o czym świadczy wielkie
zainteresowanie wolontariatem i liczny udział młodzieży w różnych akcjach
charytatywnych. Nie gaśmy tego zapału i pomóżmy wychowankom rozwijać
w sercach miłość wobec bliźnich, co wymaga nieraz pójścia pod prąd naszych
czasów, w których, jak się wydaje, świat coraz mniej jest domem.
3. Kościół naszym domem
Nie można było lepiej ująć hasła obecnego roku liturgicznego. Myślę, że wyraża
ono osobiste pragnienie wielu rodziców, którzy chcieliby, żeby Kościół był dla ich
dzieci prawdziwym domem. Nawiązaliśmy już do refleksji Ojca Świętego
Benedykta XVI, który w czasie ostatniego Światowego Spotkania Rodzin
w Mediolanie, sprowokowany przez małą Wietnamkę przeniósł się myślą i sercem
do swego domu rodzinnego. Wiemy również sporo z na temat niełatwych,
ale szczęśliwych, bo wypełnionych miłością ojca i przedwcześnie zmarłej matki lat
dzieciństwa i młodości bł. Jana Pawła II. Nawiązując do nich ks. Sławomir Oder
ujawnia nieco mniej znany fakt z dzieciństwa przyszłego papieża: „…w momencie
porodu, 18 maja 1920 roku, jego matka poprosiła akuszerkę o otworzenie okna, by
pierwsze dźwięki wykrzyczane przez noworodka dołączyły do śpiewu na cześć
Maryi dochodzącego z pobliskiej parafii, w której trwało akurat wieczorne
9 nabożeństwo”. Karol Wojtyła cieszył się obecnością matki jedynie w ciągu
dziewięciu pierwszych lat życia. Zapamiętał ją jednak bardzo dobrze, o czym
świadczy chociażby wiersz, jej dedykowany, w którym pisze między innymi:
Nad Twoją białą mogiłą
cisza jasna promienieje,
jakby w górę coś wznosiło,
jakby krzepiło nadzieję.
Wymowny opis pierwszych chwil życia małego Karola i dalsza historia jego
dzieciństwa i młodości wiele mówi o akcentach, jakie postawili Emilia i Karol
Wojtyłowie w wychowaniu swych synów.
Jak sprawić, by dzieci rozwinęły w swych sercach miłość Boga i pokochały
Kościół? Patrząc na życie obydwu ostatnich papieży, analizując życiorysy ludzi
świętych i prawdziwie wierzących dochodzimy do jednej odpowiedzi: Nie ma
innej drogi prowadzącej do rozwoju wiary w sercu dziecka, jak tylko droga poprzez
świadectwo. W czasie liturgii wigilii paschalnej do świątyni wchodzi procesja,
a w niej wnoszony jest płonący paschał. Wierni ze świecami w rękach podchodzą
i zapalają je od płomienia woskowej kolumny. Na tym właśnie polega istota
wychowania, także wychowania w wierze. Serce dziecka zapala się od tego, czym
płoną serca jego rodziców. Wiara małego dziecka – jest „współwiarą” z wiarą jego
10 rodziców.
Znamienne jest świadectwo Tomasza Mertona dotyczące przeżytej przez niego
wewnętrznej przemiany. Amerykańskie trapista wiąże swe głębokie nawrócenie
z osobą swego ojca: Siedziałem w moim pokoju. Była noc. Paliło się światło. Nagle
wydało mi się, że ojciec - zmarły już od przeszło roku - jest ze mną. Poczucie jego
obecności było tak żywe, rzeczywiste i zaskakujące, jak gdyby położył rękę na moim
ramieniu, albo przemówił do mnie. Całe to wrażenie minęło błyskawicznie, ale w tym
jednym błysku ujrzałem natychmiast całą nędzę i całe zepsucie mojej własnej duszy.
(...) I myślę że dopiero po raz pierwszy w życiu zacząłem się modlić - nie wargami ani
intelektem, ani wyobraźnią, ale modlitwą wydobywającą się z samych korzeni mojego
życia i mojej istoty, modlitwą do Boga, którego dotychczas nie znałem. (…) W związku
z tym wylałem wiele łez, co mi dobrze zrobiło, i przez cały ten czas, mimo że utraciłem
już to pierwsze, żywe poczucie obecności ojca w moim pokoju, myślałem jednak o nim
i modląc się do Boga przemawiałem także i do niego, jak gdyby był rodzajem
11 pośrednika między nami.
Ten dokładny, plastyczny wręcz opis chwili o decydującym znaczeniu dla
życiowej przemiany Tomasza Mertona, w której tak ważną rolę odegrał nieżyjący
już jego ojciec, pozwala uchwycić związek pomiędzy atmosferą domu rodzinnego
a rozwojem wiary w sercu dziecka
Obecność rodziców, czas jaki poświęcają dziecku, miłość, jaką je obdarzają
i autentyczne świadectwo ich życia i wiary – to przedstawiony w skrócie, najlepszy
i niezawodny program wychowawczy – program domu, który wychowuje.

 

Start   Wydarzenia   Przewodnik po szkole   Galeria zdjęć   Kontakt